Nie pamiętam, gdzie przeczytałam tekst, który pozwalam sobie tutaj streścić.
Grupa badaczy - naukowców wybrała się w Himalaje. Ponieważ zabrali ze sobą wiele rzeczy, zatrudnili tubylców, aby ten bagaż nieśli. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że mają przed sobą drogę długą i trudną, mocno obciążeni nie przyspieszą, zatem do celu dotrą najwcześniej za kilkanaście dni.
Tymczasem pierwsze etapy wspinaczki ekipa pokonała bardzo szybko, naukowcy już się cieszyli na myśl, że cel zostanie osiągnięty wcześniej, niż planowano. Tak się jednak nie stało. Gdy byli już blisko, tragarze oznajmili, że dalej nie idą, a w tym miejscu muszą pozostać 3 dni. Nie pomogły prośby uczonych ani obietnice podwyżki. Nie i już.
Na pytanie ''dlaczego'' usłyszeli:
- Szliśmy zbyt szybko. Nasze ciała są tutaj, ale dusze zostały daleko w tyle. Musimy na nie poczekać.
Przed nami Nowy Rok. Oby był radośniejszy i szczęśliwszy od poprzedniego. My zaś, zagonieni w codziennym kieracie umiejmy znaleźć czas dla ducha, by kiedyś nie trzeba było na niego czekać. Dosiego Roku
środa, 31 grudnia 2014
wtorek, 30 grudnia 2014
Powrót do... normalności
Po licznych turbulencjach i zawirowaniach życiowych wracam do formy, a tym samym do blogowania. Oczywiście forma będzie na miarę sytuacji, w której się znalazłam, zaś wpisy niekoniecznie systematyczne ale i tak się cieszę.
Wszystkim zaglądającym jeszcze tutaj oszczędzę prywatnych wynurzeń, za to już w następnym wpisie udowodnię, że prawdziwy zielarz nie ma wakacji. Nawet w zimie.
Wszystkim zaglądającym jeszcze tutaj oszczędzę prywatnych wynurzeń, za to już w następnym wpisie udowodnię, że prawdziwy zielarz nie ma wakacji. Nawet w zimie.
wtorek, 8 stycznia 2013
***
Koniec 2012 i początek 2013 roku to dla mnie bardzo trudny czas. Z powodu choroby Mamy wiele spraw ( w tym pisanie bloga ) musiałam odłożyć na bok. Pozostały wizyty w szpitalu..., żal..., łzy... i nadzieja wbrew nadziei. Wrócę tu, jak tylko będę mogła. Pozdrawiam w Nowym Roku.
poniedziałek, 19 listopada 2012
O skutkach "niehigienicznego trybu życia" i jak temu zaradzić
"Przy cukrowej chorobie (cukrzycy), której przyczyną może być życie niehigieniczne, nadużycia płciowe, przepracowanie umysłowe, silne wzruszenia, zmartwienie, nadużycie kwasów, wina, wstrząs mózgu, a nawet silne przeziębienie najskuteczniejszem lekarstwem okazało się jedzenie jagód borówki czernicy oraz picie z nich (w stanie ususzonym) herbaty, a w braku jagód - z liści, które w każdej porze roku zbierać można w lasach".
O tym, że owoce borówki czernicy stanowią skuteczny lek przeciwbiegunkowy, wiedzą chyba wszyscy. Inne właściwości (działanie przeciwrobaczycowe, antybakteryjne, zmniejszające przepuszczalność i kruchość naczyń krwionośnych, a nawet poprawiające wzrok) też są nam znane. Natomiast liście tej krzewinki jako materiał zielarski raczej nie zyskały popularności. A szkoda.
W liściach borówki zawarta jest substancja, która obniża poziom cukru we krwi, dlatego stosuje się je przy leczeniu cukrzycy ( zwłaszcza w początkowych stadiach) jako środek pomocniczy, najczęściej zresztą w mieszankach. Wystarczy tu wspomnieć Herbapol i jego Diabetosan, ziółka przeciwcukrzycowe prof. Muszyńskiego i wiele innych. Poza tym ziele czernicy ma wyraźne właściwości bakteriobójcze, przeciwzapalne i moczopędne. Naparem można więc łagodzić stan zapalny przewodu pokarmowego, dróg moczowych, a przy okazji i pracę trzustki wspomagać.
W sumie leki przygotowane na bazie suszonych owoców czy liści samej borówki czernicy działają dość łagodnie (nawet dzieciom podawać można), ale działają, o czym powinny pamiętać osoby ze skłonnością do zaparć. Dla nich o wiele korzystniej zjadać owoce świeże.
Cytat, który umieściłam na początku wpisu, traktuję jako ciekawostkę, choć muszę przyznać nie do końca. Jedno jest pewne: liści tej krzewinki nie zbieramy cały rok, lecz w maju - czerwcu, podczas kwitnienia rośliny.
O tym, że owoce borówki czernicy stanowią skuteczny lek przeciwbiegunkowy, wiedzą chyba wszyscy. Inne właściwości (działanie przeciwrobaczycowe, antybakteryjne, zmniejszające przepuszczalność i kruchość naczyń krwionośnych, a nawet poprawiające wzrok) też są nam znane. Natomiast liście tej krzewinki jako materiał zielarski raczej nie zyskały popularności. A szkoda.
W liściach borówki zawarta jest substancja, która obniża poziom cukru we krwi, dlatego stosuje się je przy leczeniu cukrzycy ( zwłaszcza w początkowych stadiach) jako środek pomocniczy, najczęściej zresztą w mieszankach. Wystarczy tu wspomnieć Herbapol i jego Diabetosan, ziółka przeciwcukrzycowe prof. Muszyńskiego i wiele innych. Poza tym ziele czernicy ma wyraźne właściwości bakteriobójcze, przeciwzapalne i moczopędne. Naparem można więc łagodzić stan zapalny przewodu pokarmowego, dróg moczowych, a przy okazji i pracę trzustki wspomagać.
W sumie leki przygotowane na bazie suszonych owoców czy liści samej borówki czernicy działają dość łagodnie (nawet dzieciom podawać można), ale działają, o czym powinny pamiętać osoby ze skłonnością do zaparć. Dla nich o wiele korzystniej zjadać owoce świeże.
Cytat, który umieściłam na początku wpisu, traktuję jako ciekawostkę, choć muszę przyznać nie do końca. Jedno jest pewne: liści tej krzewinki nie zbieramy cały rok, lecz w maju - czerwcu, podczas kwitnienia rośliny.
niedziela, 11 listopada 2012
Kurczak nadziewany bez kości
Mimo iż 11 listopada to dla mnie duże święto, okolicznościowego wpisu nie będzie. Inni zrobią to pewnie lepiej, mądrzej. Poczytam. Ja natomiast podam przepis na kurczaka nadziewanego bez kości - danie, które przygotowane wcześniej pozwala mi w takim dniu odpocząć od kuchni. Może ktoś skorzysta?
Oprócz zręcznych rąk potrzebne będą:
- 1 kurczak średniej wielkości o nieuszkodzonej skórze
- ok. 1,3 kg mielonej łopatki (w zależności od wielkości kurczaka)
- 1 jajko
- bułka tarta
- sól, pieprz
- duża garść posiekanej natki pietruszki
- 2-3 łyżki stopionego masła, smalec do smarowania naczynia
- gruba igła, lniane nici
- mały ostry nóż
Wykonanie: Kurczaka starannie myjemy, oczyszczamy z resztek piór, opalamy nad palnikiem z denaturatem, znów myjemy, osuszamy papierowym ręcznikiem. Teraz możemy go położyć na desce i zręcznymi rękami przy pomocy ostrego nożyka usuwamy wszystkie kości. Ja zaczynam od odcięcia części skrzydełek ( w pierwszym stawie ), obluzowuję kości pozostałych części skrzydeł i barku, szyjki, udek, następnie oddzielam kości korpusu od mięsa, starając się, by nie uszkodzić skóry i nie powiększać istniejącego już otworu. Zadanie trudne, szczególnie dla początkujących, ale wykonalne.
Pozostały po usunięciu kości flak z obu stron nacieramy solą i pieprzem i chowamy do lodówki na przynajmniej 2 godziny. Można też zamrozić, np do wykorzystania za kilka dni.
Tymczasem przygotowujemy farsz, czyli mięso łączymy z roztrzepanym jajkiem, bułką (niedużo), dosmaczamy solą, pieprzem i starannie wyrabiamy. Pod koniec dodajemy natkę pietruszki, mieszamy. Dlaczego nie cebulę? Bo szybko kiśnie. Potrawy z cebulą powinno się przechowywać krótko, nawet w lodówce. Farsz gotowy, więc nadziewamy kurczaka, byle luźno, bez upychania na siłę, aby tuszka podczas pieczenia nie popękała. Na koniec lnianą nicią zszywamy wszystkie otwory, ew. rozdarcia, wkładamy do natłuszczonego naczynia, przykrywamy i wkładamy na godzinę do piekarnika (220 stopni). Piec można nawet w prodiżu, o ile się zmieści. Pod koniec pieczenia polać kurczaka roztopionym masłem, nie przykrywać już, niech się przyrumieni. Gotowe. Można spożywać na zimno lub na ciepło.
Danie całkiem niezdrowe, wiem, ale gdy męska cześć rodziny bez mięsa z trudem potrafi przeżyć najwyżej jeden dzień, nie ma wyjścia. Trzeba je czasem przygotować. A natka pietruszki niech usprawiedliwia ten wpis na blogu o ziołach.
Oprócz zręcznych rąk potrzebne będą:
- 1 kurczak średniej wielkości o nieuszkodzonej skórze
- ok. 1,3 kg mielonej łopatki (w zależności od wielkości kurczaka)
- 1 jajko
- bułka tarta
- sól, pieprz
- duża garść posiekanej natki pietruszki
- 2-3 łyżki stopionego masła, smalec do smarowania naczynia
- gruba igła, lniane nici
- mały ostry nóż
Wykonanie: Kurczaka starannie myjemy, oczyszczamy z resztek piór, opalamy nad palnikiem z denaturatem, znów myjemy, osuszamy papierowym ręcznikiem. Teraz możemy go położyć na desce i zręcznymi rękami przy pomocy ostrego nożyka usuwamy wszystkie kości. Ja zaczynam od odcięcia części skrzydełek ( w pierwszym stawie ), obluzowuję kości pozostałych części skrzydeł i barku, szyjki, udek, następnie oddzielam kości korpusu od mięsa, starając się, by nie uszkodzić skóry i nie powiększać istniejącego już otworu. Zadanie trudne, szczególnie dla początkujących, ale wykonalne.
Pozostały po usunięciu kości flak z obu stron nacieramy solą i pieprzem i chowamy do lodówki na przynajmniej 2 godziny. Można też zamrozić, np do wykorzystania za kilka dni.
Tymczasem przygotowujemy farsz, czyli mięso łączymy z roztrzepanym jajkiem, bułką (niedużo), dosmaczamy solą, pieprzem i starannie wyrabiamy. Pod koniec dodajemy natkę pietruszki, mieszamy. Dlaczego nie cebulę? Bo szybko kiśnie. Potrawy z cebulą powinno się przechowywać krótko, nawet w lodówce. Farsz gotowy, więc nadziewamy kurczaka, byle luźno, bez upychania na siłę, aby tuszka podczas pieczenia nie popękała. Na koniec lnianą nicią zszywamy wszystkie otwory, ew. rozdarcia, wkładamy do natłuszczonego naczynia, przykrywamy i wkładamy na godzinę do piekarnika (220 stopni). Piec można nawet w prodiżu, o ile się zmieści. Pod koniec pieczenia polać kurczaka roztopionym masłem, nie przykrywać już, niech się przyrumieni. Gotowe. Można spożywać na zimno lub na ciepło.
Danie całkiem niezdrowe, wiem, ale gdy męska cześć rodziny bez mięsa z trudem potrafi przeżyć najwyżej jeden dzień, nie ma wyjścia. Trzeba je czasem przygotować. A natka pietruszki niech usprawiedliwia ten wpis na blogu o ziołach.
piątek, 2 listopada 2012
Liście jeżyny w domowej apteczce
Nie poczyniłam w tym roku zapasów z dzikiej jeżyny. W najbliższej okolicy jej już nie ma (podobnie jak grusz z ulęgałkami, rajskich jabłoni, czereśni ptasich), a na dalsze wycieczki czasu zabrakło. Ostatnio w moje okolice zawitała znowu jesień, zatem może uda mi się jeszcze znaleźć i ususzyć kilka pędów. Wiem, jeżyny można z powodzeniem uprawiać w ogrodzie i do woli rozkoszować się smakiem jej owoców, niemniej jednak materiał zielarski warto pozyskiwać z roślin dzikich, nawet jeśli czynność ta wymaga trochę zachodu.
Liście tego pospolitego krzewu od dawna były używane do przyrządzania herbatek ziołowych, szczególnie polecanych przeziębionym i zagrypionym. Odwarami (1 łyżkę suszonych ziół zalać szklanką wody, gotować do 5 minut, pic w 2-3 porcjach) leczono zaburzenia żołądkowo-jelitowe, biegunki, bóle brzucha, wzdęcia, a przy okazji i lekkie nadciśnienie.
Jednak najczęściej i najchętniej ów materiał zielarski (czyli liście i młode pędy) przeznaczano na tzw. użytek zewnętrzny. W przypadkach chorób skóry (liszaje, wypryski, niegojące się rany) czy reumatyzmu zalecano kąpiele w naparze z liści, przemywania lub okłady ; osoby cierpiące na żylaki w takim naparze moczyły nogi.
Ja potrzebuję jeżyny w zupełnie innym celu: pomijając aromatyczne kąpiele (zapobiegawczo, przeciw grzybicy), podczas anginy naparem z liści lub pędów płuczę jamę ustną. Pomaga. A jeśli komuś nie daj Boże zdarzy się ropny ząb, częstym płukaniem może ropień usunąć, o ile ten jest w początkowym stadium rozwoju. Bo potem już tylko dentysta...
Liście tego pospolitego krzewu od dawna były używane do przyrządzania herbatek ziołowych, szczególnie polecanych przeziębionym i zagrypionym. Odwarami (1 łyżkę suszonych ziół zalać szklanką wody, gotować do 5 minut, pic w 2-3 porcjach) leczono zaburzenia żołądkowo-jelitowe, biegunki, bóle brzucha, wzdęcia, a przy okazji i lekkie nadciśnienie.
Jednak najczęściej i najchętniej ów materiał zielarski (czyli liście i młode pędy) przeznaczano na tzw. użytek zewnętrzny. W przypadkach chorób skóry (liszaje, wypryski, niegojące się rany) czy reumatyzmu zalecano kąpiele w naparze z liści, przemywania lub okłady ; osoby cierpiące na żylaki w takim naparze moczyły nogi.
Ja potrzebuję jeżyny w zupełnie innym celu: pomijając aromatyczne kąpiele (zapobiegawczo, przeciw grzybicy), podczas anginy naparem z liści lub pędów płuczę jamę ustną. Pomaga. A jeśli komuś nie daj Boże zdarzy się ropny ząb, częstym płukaniem może ropień usunąć, o ile ten jest w początkowym stadium rozwoju. Bo potem już tylko dentysta...
poniedziałek, 8 października 2012
Taki sobie misz-masz
Ostatnio moje życie nabrało niebywałego tempa. Nie zamierzam przeprowadzać tutaj dogłębnej analizy problemu, wystarczy iż wspomnę (Córciu, nie czytaj tego, proszę), że wstaję codziennie o godz. 4. z minutami, po 5. wyjeżdżam z domu, a wracam do niego po 18-stej, choć zdarza się i przed dwudziestą. Siłą rzeczy zaległości w moim obszarze działań gromadzi się coraz więcej, z czego najbardziej uwierają nieprzetworzone warzywa. Wszystko za sprawą Wnusi, Skarbu, który od początku swego istnienia zawładnął moim sercem, a ostatnio niemal życiem całym. Nic to - jak mawiał pewien Michał Wołodyjowski do swojej Basi.
Jedyne, co powinnam była zrobić już dawno, to prosić Szanownych Czytaczy o wyrozumiałość, zaś autorkom blogów: MIĘKKIE DROGI, CZYLI Z MIASTA DO WIOSKI! oraz MOJA MAŁA ZAGRODA I JA serdecznie podziękować za wyróżnienia. Wybaczcie, moja opieszałość nie wynika z jakichś nieokreślonych fanaberii, lecz z braku czasu po prostu. Kamo, Ilonko, jeszcze raz DZIĘKUJĘ! Natomiast nieznających w/w blogów zachęcam do zaglądnięcia, bowiem piszą je kobiety nietuzinkowe (choć każda w innym stylu), osoby, które robią wiele, by znaleźć się po piękniejszej stronie życia, co im się zresztą znakomicie udaje. Podziwiam je i pozdrawiam.
Dla mnie osobiście sezon jesień-zima zaczął się od porządnego przeziębienia, niestety. Tak to bywa, kiedy człowiek w porę nie pomyśli o cieplejszym ubraniu, w szczególności o stosownych na jesienne słoty butach. Na przyszłość wypadałoby się skuteczniej zabezpieczyć przed niespodziankami z infekcją w roli głównej, wszak nie mogę pozwolić sobie na chorowanie. Nie teraz. Zwlokłam się więc z łóżka, aby między jednym kichnięciem a kolejnym, przypomnieć sobie (może komuś jeszcze) o pozytywnym wpływie tranu na organizm człowieka.
Starsze pokolenie pamięta zapewne ów śmierdzący specyfik, który swego czasu nagminnie aplikowano dzieciom w ramach profilaktyki zdrowotnej. Miał działać wzmacniająco, zapobiegać krzywicy, stymulować wzrost...
Dziś o właściwościach oleju rybiego wiemy o wiele więcej.Okazuje się, że z wielkim pożytkiem dla zdrowia powinny pić go nie tylko dzieci, ale również osoby starsze. Dlaczego? Powodów jest wiele, bowiem udowodniono, iż tran:
-chroni przed chorobami zakaźnymi,
-usprawnia myślenie,
- zapobiega osteoporozie i miażdżycy,
- wspomaga odporność,
- korzystnie wpływa na stan skóry, włosów, paznokci,
- być może działa przeciwrakowo.
Oczywiście nie wymieniłam tu wszystkich zalet, lecz najważniejsze, dla mnie.
A zastrzeżenia? Są i warto je znać. Oto one:
- tran należy zażywać tylko w okresie niedużego nasłonecznienia (jesień-zima),
- nie przyjmujemy go razem z innymi preparatami wielowitaminowymi oraz lekami przeciwzakrzepowymi,
- nie przekraczamy dziennej dawki zalecanej przez producenta,
- nie zażywamy zbyt długo (mogą pojawić się problemy z krzepliwością krwi),
- butelkę z napoczętym płynnym specyfikiem trzymamy w lodówce.
Choć ostatnio pojawiają się głosy, że ze względu na zatrucie wód oceanicznych ryby kumulują w organizmach zanieczyszczenia, a zatem olej z nich produkowany nie jest całkiem bezpieczny, ja jednak wolę go od sztucznych witamin w pastylkach. I mam nadzieję, że czosnek (koniecznie nasz, polski) oraz tran właśnie uczynią mnie "niewidzialną" dla wszelkiego rodzaju infekcji.
Jedyne, co powinnam była zrobić już dawno, to prosić Szanownych Czytaczy o wyrozumiałość, zaś autorkom blogów: MIĘKKIE DROGI, CZYLI Z MIASTA DO WIOSKI! oraz MOJA MAŁA ZAGRODA I JA serdecznie podziękować za wyróżnienia. Wybaczcie, moja opieszałość nie wynika z jakichś nieokreślonych fanaberii, lecz z braku czasu po prostu. Kamo, Ilonko, jeszcze raz DZIĘKUJĘ! Natomiast nieznających w/w blogów zachęcam do zaglądnięcia, bowiem piszą je kobiety nietuzinkowe (choć każda w innym stylu), osoby, które robią wiele, by znaleźć się po piękniejszej stronie życia, co im się zresztą znakomicie udaje. Podziwiam je i pozdrawiam.
Dla mnie osobiście sezon jesień-zima zaczął się od porządnego przeziębienia, niestety. Tak to bywa, kiedy człowiek w porę nie pomyśli o cieplejszym ubraniu, w szczególności o stosownych na jesienne słoty butach. Na przyszłość wypadałoby się skuteczniej zabezpieczyć przed niespodziankami z infekcją w roli głównej, wszak nie mogę pozwolić sobie na chorowanie. Nie teraz. Zwlokłam się więc z łóżka, aby między jednym kichnięciem a kolejnym, przypomnieć sobie (może komuś jeszcze) o pozytywnym wpływie tranu na organizm człowieka.
Starsze pokolenie pamięta zapewne ów śmierdzący specyfik, który swego czasu nagminnie aplikowano dzieciom w ramach profilaktyki zdrowotnej. Miał działać wzmacniająco, zapobiegać krzywicy, stymulować wzrost...
Dziś o właściwościach oleju rybiego wiemy o wiele więcej.Okazuje się, że z wielkim pożytkiem dla zdrowia powinny pić go nie tylko dzieci, ale również osoby starsze. Dlaczego? Powodów jest wiele, bowiem udowodniono, iż tran:
-chroni przed chorobami zakaźnymi,
-usprawnia myślenie,
- zapobiega osteoporozie i miażdżycy,
- wspomaga odporność,
- korzystnie wpływa na stan skóry, włosów, paznokci,
- być może działa przeciwrakowo.
Oczywiście nie wymieniłam tu wszystkich zalet, lecz najważniejsze, dla mnie.
A zastrzeżenia? Są i warto je znać. Oto one:
- tran należy zażywać tylko w okresie niedużego nasłonecznienia (jesień-zima),
- nie przyjmujemy go razem z innymi preparatami wielowitaminowymi oraz lekami przeciwzakrzepowymi,
- nie przekraczamy dziennej dawki zalecanej przez producenta,
- nie zażywamy zbyt długo (mogą pojawić się problemy z krzepliwością krwi),
- butelkę z napoczętym płynnym specyfikiem trzymamy w lodówce.
Choć ostatnio pojawiają się głosy, że ze względu na zatrucie wód oceanicznych ryby kumulują w organizmach zanieczyszczenia, a zatem olej z nich produkowany nie jest całkiem bezpieczny, ja jednak wolę go od sztucznych witamin w pastylkach. I mam nadzieję, że czosnek (koniecznie nasz, polski) oraz tran właśnie uczynią mnie "niewidzialną" dla wszelkiego rodzaju infekcji.
Subskrybuj:
Posty (Atom)