Botanicznie rokietta (zwana rukolą) bliżej ma do kapusty niż do sałaty ale czy to takie istotne... Dla konsumenta zdecydowanie ważniejszy jest smak oraz wartość odżywcza (wit. A, C, K, wit. z grupy B; żelazo, potas, wapń, magnez) rośliny, zaś dla ogrodnika dodatkowo łatwość w uprawie. Nie bez znaczenia, przynajmniej dla mnie, pozostaje też fakt, iż rukola jest odporna na niskie temperatury oraz choroby i szkodniki. Stąd też jesienią razem z innymi warzywami (pietruszką, selerem, jarmużem, szczypiorkiem) przenoszę ją do tunelu, a stamtąd wędruje do kuchni. Ten sposób przechowywania jest dla mnie dość wygodny: do czasu pojawienia się silnych mrozów można podbierać listki, a i przemrożone dają się jeść.
Literatura zielarsko - ogrodnicza traktuje rukolę nieco "po macoszemu", choć jako roślina uprawna znana była dość dawno. Ba, podobno stosowano ją jako afrodyzjak; miała leczyć impotencję i pozytywnie wpływać na płodność. Nie wiem, czy to prawda, lecz chociażby ze względów zdrowotnych warto ją jadać.
Rokietta podobnie jak inne kapustne działa przeciwnowotworowo. "Liście i nasiona rukoli ułatwiają trawienie, działają moczopędnie, przeczyszczająco, tonizująco i przeciwzapalnie. Postrzegane są jako środek oczyszczający organizm z toksyn i szkodliwych produktów przemiany materii oraz wzmacniający z uwagi na dużą zawartość witaminy C i żelaza. Surowce te używane są również do pielęgnacji skóry i włosów a także jako komponent syropów i mieszanek przeciwkaszlowych." - to cytat z artykułu dr R.Nurzyńskiej z AR w Lublinie.
Trzeba jednak pamiętać, że rukola źle się przechowuje nawet w lodówce. Kupiona w markecie może być spryskana środkami chroniącymi przed szybkim psuciem, dlatego należy ją baaardzo dokładnie myć.
czwartek, 23 listopada 2017
wtorek, 14 listopada 2017
Szacowna dynia
Nie będę się tłumaczyć z mojego blogowego niepisania, jeśli ktoś tu jeszcze zagląda niech daruje, wszak kajanie się nic nie wniesie do sprawy. Zresztą ten blog nie musi być prowadzony systematycznie i na bieżąco, treści się nie dezaktualizują, najwyżej wymagają uzupełnień, co w swoim czasie nastąpi. Tymczasem wracam z radością, bo zatęskniłam. I do rzeczy...
Dynia to nie było warzywo cenione w moim rodzinnym domu. Z tego powodu nie mam związanych z nią jakichś tradycji i nie umiem jej przyrządzać w sposób wyszukany, ot miks warzywny ew. dodatek do innych potraw, marmolada, ostatecznie zupa. Jednak od czasu, kiedy poznałam jej prozdrowotne właściwości, zagościła w mojej kuchni na dobre. Przy czym żadne ze znanych mi źródeł (a korzystam z wielu) nie wskazało na "wady" tego warzywa, wręcz przeciwnie, jeść je mogą wszyscy, wzbogacając dietę o cenne wartości odżywcze. Pestki zawierają m.in. cynk, a to oznacza większą odporność, lepszy nastrój, zdrowszą skórę i prostatę u mężczyzn, spokojniejszy sen w nocy a dzień bez nerwów. Mają również właściwości przeciwzapalne, czyli winni jadać je osoby z chronicznymi stanami zapalnymi (np. zatok, stawy). Mogą też pomóc w "odrobaczaniu" przewodu pokarmowego człowieka, ale wówczas muszą być świeże. Miąższ dyni, okazuje się, też jest b. cenny. Masz człowieku problem z jelitami? Dynia. Chcesz odtruć organizm? Dynia. Problemy z nerkami czy pęcherzem? Też dynia. Odchudzasz się, jesteś rekonwalescentem? Wiadomo. Można podawać starym, chorym, a nawet małym dzieciom tylko oczywiście gotowaną lub pieczoną. Ponieważ zawiera m. in. sporo wit. A, wit. z grupy B, a ze składników mineralnych wszystkiego po trosze, zatem i jej działanie na nasz organizm jest wielorakie. Niektórzy nawet twierdzą, że zmniejsza ryzyko zachorowania na nowotwór.
Swego czasu dynię traktowano jako roślinę magiczną i przypisywano jej wiele znaczeń. Mnie najbardziej podoba się ten, który mówi o jej pozytywnym wpływie na psychikę człowieka ( zachęca do rozwoju, wspiera ambicję itp. ) oraz pomysł św. Hildegardy "Okład z surowej dyni leczy szaleństwo...".
W kosmetyce też była ważna. Jako składnik maseczek, przynosi efekt niemal natychmiastowy niezależnie od rodzaju cery.
A dlaczego "szacowna" ? Podobno człowiek uprawia ją od 5 tys. lat, w Polsce znana od szesnastego wieku, zatem w pełni na taki tytuł sobie zasłużyła.
Dynia to nie było warzywo cenione w moim rodzinnym domu. Z tego powodu nie mam związanych z nią jakichś tradycji i nie umiem jej przyrządzać w sposób wyszukany, ot miks warzywny ew. dodatek do innych potraw, marmolada, ostatecznie zupa. Jednak od czasu, kiedy poznałam jej prozdrowotne właściwości, zagościła w mojej kuchni na dobre. Przy czym żadne ze znanych mi źródeł (a korzystam z wielu) nie wskazało na "wady" tego warzywa, wręcz przeciwnie, jeść je mogą wszyscy, wzbogacając dietę o cenne wartości odżywcze. Pestki zawierają m.in. cynk, a to oznacza większą odporność, lepszy nastrój, zdrowszą skórę i prostatę u mężczyzn, spokojniejszy sen w nocy a dzień bez nerwów. Mają również właściwości przeciwzapalne, czyli winni jadać je osoby z chronicznymi stanami zapalnymi (np. zatok, stawy). Mogą też pomóc w "odrobaczaniu" przewodu pokarmowego człowieka, ale wówczas muszą być świeże. Miąższ dyni, okazuje się, też jest b. cenny. Masz człowieku problem z jelitami? Dynia. Chcesz odtruć organizm? Dynia. Problemy z nerkami czy pęcherzem? Też dynia. Odchudzasz się, jesteś rekonwalescentem? Wiadomo. Można podawać starym, chorym, a nawet małym dzieciom tylko oczywiście gotowaną lub pieczoną. Ponieważ zawiera m. in. sporo wit. A, wit. z grupy B, a ze składników mineralnych wszystkiego po trosze, zatem i jej działanie na nasz organizm jest wielorakie. Niektórzy nawet twierdzą, że zmniejsza ryzyko zachorowania na nowotwór.
Swego czasu dynię traktowano jako roślinę magiczną i przypisywano jej wiele znaczeń. Mnie najbardziej podoba się ten, który mówi o jej pozytywnym wpływie na psychikę człowieka ( zachęca do rozwoju, wspiera ambicję itp. ) oraz pomysł św. Hildegardy "Okład z surowej dyni leczy szaleństwo...".
W kosmetyce też była ważna. Jako składnik maseczek, przynosi efekt niemal natychmiastowy niezależnie od rodzaju cery.
A dlaczego "szacowna" ? Podobno człowiek uprawia ją od 5 tys. lat, w Polsce znana od szesnastego wieku, zatem w pełni na taki tytuł sobie zasłużyła.
czwartek, 1 grudnia 2016
Jarmuż w roli głównej
Od dawna mi wiadomo, że jarmuż to świetne warzywo: komfortu do życia nie wymaga, zimna się nie boi, a wysoką wartość odżywczą posiada. Znajdziemy w nim wiele witamin i minerałów, a poza tym zawiera flawonoidy i związki siarki działąjące przeciwnowotworowo i przeciwzapalnie. Nie dziwi mnie zatem wzrastająca popularność tej rośliny, a co za tym idzie, ilość pomysłów na jej wykorzystanie w kuchni.
Ja jako tradycjonalistka repertuar w temacie jarmuż miałam skromny, ot do zupy, bądź na kanapkę po zblanszowaniu listek dodawałam. Twarde to było jakieś, gorzkawe.... Różne kuchenne wariacje
( średnio udane) z jarmużem w roli głównej mam już za sobą, najbardziej polubiłam pesto i przy nim zostałam na dłużej. Trzeba taż przyznać,że współczesne odmiany są bardziej "zjadliwe".
A wracając do meritum: czy jarmuż wart jest takiego zachodu? Oczywiście, bowiem zawiera:
- dużo wit. E (młodość),
- wit.C (odporność),
- wit. K (regulacja krzepliwości krwi),
- wapń i kwas foliowy (kości, zęby),
- błonnik (układ trawienny),
a jeszcze potas, fosfor, magnez, trochę żelaza. I warto to chyba powtórzyć: jarmuż, jak wszystkie kapustne, działa antyrakowo. Ale też, jak wszystkie kapustne, magazynuje azotany, dlatego dobrze jest nabywać go z pewnego żródła.
Ja jako tradycjonalistka repertuar w temacie jarmuż miałam skromny, ot do zupy, bądź na kanapkę po zblanszowaniu listek dodawałam. Twarde to było jakieś, gorzkawe.... Różne kuchenne wariacje
( średnio udane) z jarmużem w roli głównej mam już za sobą, najbardziej polubiłam pesto i przy nim zostałam na dłużej. Trzeba taż przyznać,że współczesne odmiany są bardziej "zjadliwe".
A wracając do meritum: czy jarmuż wart jest takiego zachodu? Oczywiście, bowiem zawiera:
- dużo wit. E (młodość),
- wit.C (odporność),
- wit. K (regulacja krzepliwości krwi),
- wapń i kwas foliowy (kości, zęby),
- błonnik (układ trawienny),
a jeszcze potas, fosfor, magnez, trochę żelaza. I warto to chyba powtórzyć: jarmuż, jak wszystkie kapustne, działa antyrakowo. Ale też, jak wszystkie kapustne, magazynuje azotany, dlatego dobrze jest nabywać go z pewnego żródła.
piątek, 21 października 2016
Suche strąki fasoli mogą być lekiem
Pole z grubsza ogarnięte, przetwory porobione, rodzinne imprezy zaliczone... a i tak brakuje mi czasu praktycznie na wszystko. Zobowiązania rodzinne (czyt. współopieka nad osobą z demencją starczą) powodują, że w najbliższym czasie trudno będzie coś zmienić. No cóż, obowiązki przede wszystkim. W związku z powyższym niektóre przyjemności (w tym pisanie bloga) zmuszona jestem odkładać "na potem". Tylko czytania odmówić sobie nie umiem; choć kilka stron przed snem. Tutaj w miarę wolnego czasu zechcę wracać, zawsze z nadzieją, że o te kilka książkowych stron mądrzejsza.
A tak przy okazji: Czapki z głów przed opiekunami osób nie w pełni sprawnych. Nie wiedziałam, ile trzeba samozaparcia, siły woli (jakkolwiek to nazwać), dopóki sama nie doświadczyłam. Szacunek, kochani.
A teraz do rzeczy:
Że warzywa strączkowe jeść warto, wie chyba każdy. Natomiast suche strąki fasoli traktujemy jako odpad. Ściółka z nich słaba, pasza jeszcze gorsza (tylko owce to jadają). Tymczasem zielarze
od dawna wiedzieli, że zawarte w strączynach cenne związki czynią je lekiem stosowanym
przy cukrzycy (wyraźnie obniżają cukier), schorzeniach nerek i pęcherza, kamicy nerkowej, chorobach gośćcowych, zatrzymaniu wody w organizmie (serce, krążenie), a także przy dolegliwościach skórnych. Podawali je w postaci odwarów z samych strąków (np. Ożarowski)
lub w mieszankach (np. Poprzęcki). Trzeba przy tym pamiętać, że odwary ze strączyn są wyjątkowo moczopędne, co pomaga usuwać pozostałości procesów metabolicznych z organizmu, czyli oczyszczać go z toksyn.
Jak przygotować odwar? A. Ożarowski proponuje: 20-30g suchych strąków macerować na zimno przez 6-8 godzin w 2 szklankach wody. Następnie gotować 5-10 min i odcedzić. Pić 3 razy dziennie po pół szklanki między posiłkami.
Odwar można też wykorzystać do kąpieli, a suchymi rozdrobnionymi strąkami posypywać niewielkie oparzenia, egzemy, drobne rany.
Nie wiem, czy ten materiał zielarski można nabyć w stosownych sklepach, ale u rolników
bądź ogrodników na pewno. Potem trzeba wybrać ładne czyste strąki, wysuszyć i lek gotowy.
A tak przy okazji: Czapki z głów przed opiekunami osób nie w pełni sprawnych. Nie wiedziałam, ile trzeba samozaparcia, siły woli (jakkolwiek to nazwać), dopóki sama nie doświadczyłam. Szacunek, kochani.
A teraz do rzeczy:
Że warzywa strączkowe jeść warto, wie chyba każdy. Natomiast suche strąki fasoli traktujemy jako odpad. Ściółka z nich słaba, pasza jeszcze gorsza (tylko owce to jadają). Tymczasem zielarze
od dawna wiedzieli, że zawarte w strączynach cenne związki czynią je lekiem stosowanym
przy cukrzycy (wyraźnie obniżają cukier), schorzeniach nerek i pęcherza, kamicy nerkowej, chorobach gośćcowych, zatrzymaniu wody w organizmie (serce, krążenie), a także przy dolegliwościach skórnych. Podawali je w postaci odwarów z samych strąków (np. Ożarowski)
lub w mieszankach (np. Poprzęcki). Trzeba przy tym pamiętać, że odwary ze strączyn są wyjątkowo moczopędne, co pomaga usuwać pozostałości procesów metabolicznych z organizmu, czyli oczyszczać go z toksyn.
Jak przygotować odwar? A. Ożarowski proponuje: 20-30g suchych strąków macerować na zimno przez 6-8 godzin w 2 szklankach wody. Następnie gotować 5-10 min i odcedzić. Pić 3 razy dziennie po pół szklanki między posiłkami.
Odwar można też wykorzystać do kąpieli, a suchymi rozdrobnionymi strąkami posypywać niewielkie oparzenia, egzemy, drobne rany.
Nie wiem, czy ten materiał zielarski można nabyć w stosownych sklepach, ale u rolników
bądź ogrodników na pewno. Potem trzeba wybrać ładne czyste strąki, wysuszyć i lek gotowy.
poniedziałek, 22 sierpnia 2016
O zaległościach i ''serdecznych'' lekarstwach
Zasłoikowałam się, zawekowałam, zamotyczkowałam w ogrodzie. Jakoś nie dorobiłam się porządnej piwnicy, więc ogrodowizna musi być zagospodarowana na bieżąco, by się nie marnowała. A to duuużo pracy i zmęczenia. Wieczorami najzwyczajniej nic mi się już nie chce, a przecież jeszcze, jak to w lecie, i goście czasem bywają. Jednym słowem jak tak dalej pójdzie, to zimę pokocham, choć bardzo ciepłolubna jestem.
Ale do rzeczy.
Dziś chciałabym podać przepis na lekarstwa, które w mojej rodzinie wykorzystywano " od zawsze". Pierwsze to kiszone ogórki. Kto ma chore serce niech jada ich jak najwięcej, w ten sposób wspomoże leczenie farmakologiczne. Można też do startej na tarce miazgi dodać troszkę mąki, zrobić placek i przyłożyć do piersi po lewej stronie. Ulgę przyniesie.
Drugie lekarstwo, też na chore serce, przygotowywano z winogron. Muszę jednak zaznaczyć, że nie wiem, czy te szlachetne współczesne odmiany nadają się do produkcji leku, o importowanych już nawet nie wspomnę. Dawniej na wsi rosły tylko jakieś drobne na wpół dzikie odmiany, które zim i ostrych mrozów się nie bały, więc o nich tu mowa.
Otóż 5-litrowy pojemnik należy napełnić winogronami, przesypując je 1 kilogramem cukru. Pojemnik należy przykryć plastykową pokrywką, w której zrobiono kilka otworów cieniutką igłą. Całość przewiązać np. gazą i zostawić w spokoju aż to sfermentuje. Wówczas zlać powstały płyn-wino-lekarstwo. Zażywać po maleńkim kieliszku.
Dodam tylko dla porządku, że naczynie musi być idealnie czyste, winogrona zaś można tylko leciutko przemyć, by nie usunąć naturalnych drożdży znajdujących się na owocach. No i muszki owocówki być nie może.
Warto jednak pamiętać, że te mikstury wspomagają leczenie ale nigdy nie zastąpią wizyty u LEKARZA.
Ale do rzeczy.
Dziś chciałabym podać przepis na lekarstwa, które w mojej rodzinie wykorzystywano " od zawsze". Pierwsze to kiszone ogórki. Kto ma chore serce niech jada ich jak najwięcej, w ten sposób wspomoże leczenie farmakologiczne. Można też do startej na tarce miazgi dodać troszkę mąki, zrobić placek i przyłożyć do piersi po lewej stronie. Ulgę przyniesie.
Drugie lekarstwo, też na chore serce, przygotowywano z winogron. Muszę jednak zaznaczyć, że nie wiem, czy te szlachetne współczesne odmiany nadają się do produkcji leku, o importowanych już nawet nie wspomnę. Dawniej na wsi rosły tylko jakieś drobne na wpół dzikie odmiany, które zim i ostrych mrozów się nie bały, więc o nich tu mowa.
Otóż 5-litrowy pojemnik należy napełnić winogronami, przesypując je 1 kilogramem cukru. Pojemnik należy przykryć plastykową pokrywką, w której zrobiono kilka otworów cieniutką igłą. Całość przewiązać np. gazą i zostawić w spokoju aż to sfermentuje. Wówczas zlać powstały płyn-wino-lekarstwo. Zażywać po maleńkim kieliszku.
Dodam tylko dla porządku, że naczynie musi być idealnie czyste, winogrona zaś można tylko leciutko przemyć, by nie usunąć naturalnych drożdży znajdujących się na owocach. No i muszki owocówki być nie może.
Warto jednak pamiętać, że te mikstury wspomagają leczenie ale nigdy nie zastąpią wizyty u LEKARZA.
środa, 22 czerwca 2016
Sezon na truskawki
Owoce truskawek zawierają bardzo dużo witaminy C, do tego A, PP, wit z grupy B, sporo soli mineralnych ( w tym mangan - niezbędny do prawidłowej budowy kości ) oraz kwas foliowy i elagonowy.
Dzięki bogactwu składników truskawki wykazują właściwości antyutleniające, antybakteryjne i antyrakowe.
Chronią przed artretyzmem i wysokim ciśnieniem.
Poprawiają przemianę materii, odtruwają, wzmacniają.
Wspomagają leczenie wątroby, nerek, dróg żółciowych, miażdżycy.
Przeciwdziałają zaparciom.
Za ich pomocą można poprawić urodę ( maseczka nawet z samych truskawek rozjaśnia cerę ) i wybielić zęby.
W medycynie ludowej napar z owoców i liści stosowano jako środek moczopędny, przy leczeniu szkorbutu, kamicy żółciowej, zaś samymi owocami wspomagano organizm przy niedokrwistości, braku sił, krzywicy, biegunek u dzieci.
Trzeba jednak pamiętać, zwłaszcza przy dzieciach, że truskawki często uczulają. I to chyba jest ich jedyna wada, nie licząc tego, że mocno zachwaszczają pole.
Dzięki bogactwu składników truskawki wykazują właściwości antyutleniające, antybakteryjne i antyrakowe.
Chronią przed artretyzmem i wysokim ciśnieniem.
Poprawiają przemianę materii, odtruwają, wzmacniają.
Wspomagają leczenie wątroby, nerek, dróg żółciowych, miażdżycy.
Przeciwdziałają zaparciom.
Za ich pomocą można poprawić urodę ( maseczka nawet z samych truskawek rozjaśnia cerę ) i wybielić zęby.
W medycynie ludowej napar z owoców i liści stosowano jako środek moczopędny, przy leczeniu szkorbutu, kamicy żółciowej, zaś samymi owocami wspomagano organizm przy niedokrwistości, braku sił, krzywicy, biegunek u dzieci.
Trzeba jednak pamiętać, zwłaszcza przy dzieciach, że truskawki często uczulają. I to chyba jest ich jedyna wada, nie licząc tego, że mocno zachwaszczają pole.
poniedziałek, 20 czerwca 2016
O pracy, odpoczynku i trującej ostróżeczce polnej
Na ten tydzień synoptycy zapowiadają deszcz. Nie mam nic przeciwko temu, jako że na polu susza, ogrodnik zaś odsapnąć musi. Wreszcie po literaturę ( w tym zielarską ) jest czas sięgnąć a i dusza ( o której pisałam w noworocznych życzeniach ) ciało wreszcie dogonić ma szansę. Wprawdzie pracując fizycznie można snuć refleksje, ale w towarzystwie dobrej książki lub Kogoś o wiele łatwiej odnaleźć życiową równowagę i pośpiech ograniczyć.
Bo ja jakaś niegramotna stałam się ostatnio, marnego pół ha na czas ogarnąć nie mogę, a z chemicznej pomocy, wiadomo, korzystać nie chcę. Ma być ekologicznie i basta.
Ten mój areał to w połowie nowy nabytek kupiony w kwietniu br. W zamierzeniu poprzednich właścicieli miała to być plantacja malin, dla mnie to łąka kwietna z niewielką ilością zdziczałych krzewów. W ten sposób stałam się posiadaczką niemal kompletnej apteki naturalnej. W związku z tym mogłabym (zgodnie z tym, co zalecał ks. ks. Knaipp ) umożliwić mieszczuchom spacer wśród ziół dla poprawy samopoczucia, a stanu dróg oddechowych w szczególności. Tylko że ja, jak ta królewna, mam do wszystkich daleko.Za to dzięki częstemu przebywaniu na ugorze moje drogi oddechowe powinny być w doskonałej formie. Tylko z kręgosłupem gorzej...
A teraz o ostróżeczce polnej. Dlaczego właśnie o niej? Z sentymentu. Moja babcia zbierała i suszyła tę roślinę, choć mówiła, że JEST TRUJĄCA. Nazywała ją "syroczką" , twierdziła, że leczniczo nie jest zbyt cenna, ale warto ją mieć w swej apteczce. Jej kwiatów, nasion i całego ziela żywała ją tylko zewnętrznie:
1) do przemywania oczu przy chorych spojówkach,
2) do produkowania maści z rozdrobnionych owoców i nacierania miejsc bolących, np. przy reumatyzmie,
3} do płukania włosów - ekstrakty z nasion zabijały wszy.
Zresztą swego czasu bodajże Herbapol produkował delacet - płyn przeciw wszawicy, w skład którego wchodził wyciąg z tej rośliny.
Podkreślam: ze względu na TOKSYCZNE WŁAŚCIWOŚCI ostróżeczkę polną można stosować tylko zewnętrznie, choć doświadczony zielarz potrafi wykorzystać wewnętrznie, np. do pozbycia się robaków z ciała człowieka. Ale to już robota dla fachowca.
Bo ja jakaś niegramotna stałam się ostatnio, marnego pół ha na czas ogarnąć nie mogę, a z chemicznej pomocy, wiadomo, korzystać nie chcę. Ma być ekologicznie i basta.
Ten mój areał to w połowie nowy nabytek kupiony w kwietniu br. W zamierzeniu poprzednich właścicieli miała to być plantacja malin, dla mnie to łąka kwietna z niewielką ilością zdziczałych krzewów. W ten sposób stałam się posiadaczką niemal kompletnej apteki naturalnej. W związku z tym mogłabym (zgodnie z tym, co zalecał ks. ks. Knaipp ) umożliwić mieszczuchom spacer wśród ziół dla poprawy samopoczucia, a stanu dróg oddechowych w szczególności. Tylko że ja, jak ta królewna, mam do wszystkich daleko.Za to dzięki częstemu przebywaniu na ugorze moje drogi oddechowe powinny być w doskonałej formie. Tylko z kręgosłupem gorzej...
A teraz o ostróżeczce polnej. Dlaczego właśnie o niej? Z sentymentu. Moja babcia zbierała i suszyła tę roślinę, choć mówiła, że JEST TRUJĄCA. Nazywała ją "syroczką" , twierdziła, że leczniczo nie jest zbyt cenna, ale warto ją mieć w swej apteczce. Jej kwiatów, nasion i całego ziela żywała ją tylko zewnętrznie:
1) do przemywania oczu przy chorych spojówkach,
2) do produkowania maści z rozdrobnionych owoców i nacierania miejsc bolących, np. przy reumatyzmie,
3} do płukania włosów - ekstrakty z nasion zabijały wszy.
Zresztą swego czasu bodajże Herbapol produkował delacet - płyn przeciw wszawicy, w skład którego wchodził wyciąg z tej rośliny.
Podkreślam: ze względu na TOKSYCZNE WŁAŚCIWOŚCI ostróżeczkę polną można stosować tylko zewnętrznie, choć doświadczony zielarz potrafi wykorzystać wewnętrznie, np. do pozbycia się robaków z ciała człowieka. Ale to już robota dla fachowca.
Subskrybuj:
Posty (Atom)