poniedziałek, 13 maja 2019

Kapusta św. Patryka - jedno z najzdrowszych warzyw świata

    Na opakowaniu nasion przeczytałam: Pikantne liście RUKWI WODNEJ zawierają więcej witaminy C niż pomarańcza, więcej E niż brokuły, więcej wapnia niż krowie mleko, więcej żelaza niż szpinak.Rukiew wodna znana jest przede wszystkim ze swoich odmładzających i antynowotworowych właściwości. Ponadto: zwalcza wirusy i infekcje, zapobiega depresji, i poprawia samopoczucie, oczyszcza krew z toksyn, pobudza trawienie, wspomaga funkcjonowanie serca, a nawet zapobiega jego chorobom. Tyle od producenta nasion.
    Jako że w przeszłości poznałam tę roślinę, zechciałam dowiedzieć się o niej więcej, ale w książkach "zielarskich" informacji o niej niewiele. I tu w sukurs przychodzi niezawodna p. H. Szymanderska, z której wiedzy pozwolę sobie skorzystać.
Cytuję, skracając nieco: ''Rukiew wodna jest niezwykle zdrowa (zawiera dużo jodu i jest wyśmienitym źródłem witaminy C i A, wapnia, żelaza, magnezu, potasu), dobrze wpływa na czynność tarczycy, a także na trawienie, szczególnie przy chorobach wątroby i woreczka żółciowego. Jest zielem moczopędnym, ma własności oczyszczania krwi. Lecznictwo ludowe polecało ją przy awitaminozie, cukrzycy, szkorbucie, wiosennym osłabieniu''.
    Należy jednak PAMIĘTAĆ, że spożywana w nadmiarze może PODRAŻNIAĆ nerki.
    A dlaczego kapusta świętego Patryka? Podobno rzeczony święty był odżywiał się tylko produktami roślinnymi, rybami i nabiałem, a mdłe dania przyprawiał świeżą, przyjemną w smaku, lekko ostrą rukwią wodną. Zresztą może wegetarianie więcej wiedzą o swych "protoplastach"?
    Osobiście poznałam tę roślinę jakieś 40 z okładem lat temu ale o tym napiszę innym razem.

poniedziałek, 21 stycznia 2019

O tataraku raz jeszcze i o tym, co "mogą" zioła

   Kłącze tataraku było cenione przez medycynę ludową jako lek na wiele schorzeń, m.in. wadliwa przemiana materii, dolegliwości układu pokarmowego, moczowego, bóle reumatyczne czy po prostu ogólne osłabienie organizmu. Stosowano je w postaci herbatek, wyciągów alkoholowych, olejku czy dosmaczania deserów.
   Dziś w Polsce coraz trudniej o naturalne siedliska tej rośliny (bagna, rozlewiska), w związku z tym i o zielu jakoś zapomniano. W sumie może to i dobrze, gdyż niektóre podgatunki tataraku zawierają beta-asaron (podejrzewany o działanie rakotwórcze), więc po prostu bezpieczniej jest kupić gotowy preparat w aptece niż przygotowywać samemu. No i absolutnie nie mogą korzystać z niego kobiety w ciąży. O podejrzeniu szkodliwości kłączy tataraku nie wszyscy mówią lub mówią, że polski tatarak owego szkodliwego związku nie zawiera. Niech będzie. Jednak słynna M. Treben (ta od "Apteki Pana Boga") również traktowała tatarak z dużą dozą ostrożności.
   Oto jej przepis: wieczorem płaską łyżeczkę kłącza tataraku zalać jedną szklanką zimnej wody. Rano podgrzać lekko, odcedzić i pić po jednym łyku przed i po posiłku, tzn. sześć łyków dziennie. Sześć - nie więcej. Zdaniem autorki wyciąg ma pomagać chorym na cukrzycę, białaczkę, przy schorzeniach jelit i płuc.
   Najbezpieczniej jest stosować korzeń tataraku zewnętrznie, tzn. do kąpieli lub mycia włosów.
Jeśli zalejemy wrzątkiem po 2 łyżki korzeni tataraku i łopianu, pogotujemy ok. 15 minut, ostudzimy, odcedzimy, to otrzymamy świetną płukankę wzmacniającą włosy. Można ją stosować 2-3 razy w tygodniu. Efekt? Lśniące, mocne włosy.
   Osobiście swego czasu wykorzystywałam kłącze tataraku w roli odświeżacza oddechu (taka niegdysiejsza guma orbit), ot szczyptę suszu należy żuć po prostu. Przyznam,że taki orzeźwiający, korzenny, lekko gorzki smak bardzo mi odpowiadał, a przy okazji ze względu na właściwości bakteriobójcze chronił przed grypą. Są osoby, którym smak goryczki tatarakowej w ustach pomaga rzucić palenie.
No cóż, można spróbować.
   A na koniec przy okazji dzisiejszego święta troszkę prywaty. Otóż moja prababcia Rozalia, choć nie była uznaną zielarką, ani jakąś szeptuchą, o ziołach wiedziała sporo i potrafiła to wykorzystać. Rodzinna wieść niesie, że w 1944 roku owa wiedza okazała się szaczególnie przydatna. Podobno kiedy nasi "wyzwoliciele" dotarli do skraju wsi, na jej mieszkańców padł blady strach. Ludzie powojnie byli biedni, nie chcieli tracić resztek dobytku: butów, cieplejszych ubrań czy kawałka chleba. Zatem takiej "wizycie" towarzyszyły krzyki, płacze, nierzadko strzały. Gdy moja prababcia Rózia spostrzegła, co się święci, nie tracąc chwili wypiła jakąś miksturę, rodzinie kazała siedzieć jak najciszej, po czym obwiązawszy chustką głowę osobiście na "gości" w sieni  czekała. Gdy tylko się zjawili w obejściu, kobieta z już rozpaloną twarzą i w tej chuścinie na głowie jęła zawodzić: " O Jezu,Jezu! Tyfus u nas! Ludzie, ratujcie! Ludzie boli!" Trzeba wiedzieć, że tyfus jest chorobą zakaźną, wszyscy się jej bali, zatem nikt do domu, gdzie byli chorzy, nie wszedł. Nie weszli też Rosjanie.
Dzielna Rozalia oczywiście chora nie była, musiała się tylko porządnie wyspać i dopiero nazajutrz dowiedziała się, że nie tylko dziadkowy kożuch ale prawdopodobnie cześć wnuczek w ten sposób uratowała.
 A ja o niej pamiętam nie tylko przy święcie.

sobota, 19 stycznia 2019

O tataraku co nieco

   Tatarak w Polsce wykorzystywany był od dawna, choć rdzennie polską rośliną nie jest. Ciekawe, czy ktoś jeszcze pamięta smak chleba pieczonego w piecu na podkładzie z liści tego ziela. A może ktoś w ramach mody "na tradycję" aktualnie wypieka taki chleb? Albo ktoś współcześnie na przykład kłącze tataraku kandyzuje w cukrze, by otrzymać zdrowy i smaczny dodatek do deserów? Cukru w tym dużo, fakt, z zębami kłopot, za to E-.... nie ma. No tak, babciną kuchnią zapachniało, to się i rozmarzyłam. A trzeba wiedzieć, że moja babcia urodziła się w 1906 r ,wtedy ogląd świata był nieco inny, niekoniecznie gorszy. Przyjemnie było przecież oglądać dom udekorowany w czas Zielonych Świąt tatarakiem, nie brzozą ale tatarakiem własnie. Miało to i dostatek zapewnić, i insekty wygonić... Ot, takie czasy.

czwartek, 10 stycznia 2019

2019...

   Właściwie trudny jest powrót do blogowania po tak długiej przerwie. Powinnam zacząć od tłumaczeń, ale zamiast nich - życzenia.
   Pewien człowiek wędruje przez pustynię. Skrajnie wycieńczony z powodu lejącego się z nieba żaru i wszechobecnego piachu z trudem stawia kolejne kroki, marząc tylko o jednym: chce się napić. W pewnym momencie dostrzega człowieka. Podchodzi bliżej, pozdrawia go i prosi:
   - Piiić.
   - Nie mam wody - odpowie tamten. - Jestem tylko sprzedawcą krawatów.
Nasz bohater, mimo wszystko, nie poddaje się. Resztką sił, pokonując własne słabości, rusza w dalszą drogę. Wreszcie dostrzega oazę. Malutką: jedno drzewo, jeden budynek, ale przecież oazę. Nareszcie! Świadomość ugaszenia pragnienia dodaje mu sił, zatem jak najszybciej stara się dotrzeć do życiodajnych drzwi. Nagle tuż przed nim pojawia się strażnik-ochroniarz i zasłaniając wejście do budynku mówi:
   -Nie może pan tu wejść, bo my przyjmujemy tylko gości w krawatach.
        Oprócz zdrowia, "dobrości i pomyślności wszelakiej" życzę nam wszystkim, byśmy w codziennym zabieganiu nigdy nie przeoczyli ludzi, faktów, zdarzeń, które mają dla nas istotne znaczenie. By owe " krawaty" wniosły wiele dobrego w nasze życie, zarówno fizyczne, jak i duchowe.
   Z Bogiem w Nowy 2019 rok

piątek, 19 stycznia 2018

Takie tam...

   Swego czasu mistrz Wiech napisał, że przed wojną warszawski dorożkarz potrafił przez 15 minut kląć, nie powtarzając ani jednego słowa; takim repertuarem dysponował. Mój sąsiad klnie jak przysłowiowy szewc, klienci jego firmy tudzież, jednak wszyscy ograniczają się do dwóch słów: k... i ch... Widocznie bogacąc się ubożejemy jednocześnie. Dziwne? Niekoniecznie.
   Kiedy przed Świętami odwiedziłam naszą niewielką bibliotekę gminną, zobaczyłam rzecz niebywałą: na podłodze, w kartonach, na półce tuż przy wejściu leżały dziesiątki książek przeznaczonych do odpisu, czyli zwyczajnie na śmietnik.
- Można sobie wziąć, jeśli ktoś ma na coś ochotę. - usłyszałam.
- Dlaczego pozbywacie się lektur, opracowań, słowników...? - pytam.
-Nikt z tego nie korzysta. Robimy miejsce na nowe rzeczy.
   Nie przytoczę tutaj dalszego ciągu dialogu, nic to nie wniesie do sprawy. Chcę tylko wspomnieć, że skoro "niepotrzebne",  ja wyraziłam " ochotę" i przesiedziawszy nad tym "odpisem" pół dnia, znacząco wzbogaciłam się o cenne pozycje z tzw. literatury zielarskiej. To nic, że stare wydania (lata 80 te) ale uznani  autorzy, solidne opracowania z rzetelnym opisem roślin uwzględniającym dawkowanie, przeciwwskazania, przykładami łączenia ziół itp. Wiem, nauka rozwija się, dziś o ziołach wiemy więcej, a mimo to zielarze z drugiej połowy XX wieku ciągle, moim zdaniem, stanowią podstawę, bazę. Bywa, że współczesne pięknie wydane opracowania są jedynie powieleniem treści dzieł dwudziestowiecznych autorów.
   Nie podam tutaj żadnych tytułów, nie w tym rzecz, chcę jedynie pokazać, że sposoby zdobywania ciekawych pozycji książkowych mogą być różne, a to jeden z nich. Dla mnie fantastyczny.
   Oprócz tego przytargałam do domu Wielki słownik rosyjsko - polski. Uprzedzając zdziwienie Szanownych Tuzaglądających wyjaśniam: chciałabym dla własnych potrzeb i własnej ciekawości przetłumaczyć książkę Rima Achmedowa ...., a z językiem rosyjskim u mnie już nietęgo. Tymczasem Rosjanie ciągle mają ogromną wiedzę w zakresie zielarstwa, zatem warto się od nich uczyć.
   Na koniec dodam tylko, że wzięłam też coś z tzw. lit. pięknej, w tym Wiecha i niekoniecznie po to, by umieć 15 minut kląć, nie powtarzając przy tym ani jednego słowa.

piątek, 12 stycznia 2018

Wpis osobisty, moherowy nieco

   Na czas Nowego Roku życzę wszystkim zdrowia, pomyślności wszelkiej i tego łutu szczęścia, który pozwala zawsze znaleźć się na właściwym miejscu, o właściwym czasie, wśród właściwych ludzi.
   Dla mnie rok 2018 zaczął się najpiękniej, czyli od dobrych wyników badań lekarskich i stwierdzenia lekarza: wszystko w porządku, oby tak dalej, widzimy się za pół roku. No, miodzio. Zatem pozwalam sobie najpierw publicznie podziękować Dobremu Bogu za łaskę, iż ciągle mogę bujać się po tym świecie, choć swego czasu nie było to takie oczywiste. A potem do kuchni, bo to co spożywam, w moim przekonaniu, nie pozostaje bez wpływu ma stan mojego zdrowia.
   Zatem po świątecznym obżarstwie ( czyli zjeść, bo się zmarnuje ) wracam do swoich żywieniowych zasad. W moim wydaniu owe zasady nie są zbyt rygorystyczne, nie katuję się żadnymi dietami, nie głoduję, jedynie pewne zachcianki ograniczam, zaś dużą wagę przywiązuję do właściwych proporcji. Bo mnie bliska jest filozofia dr. D. Servana-Schreibera, autora "Antyraka...", która sprowadza się w sumie do zachowania właściwych proporcji w doborze produktów. Zresztą podobnie lata temu sądziła moja babcia: jeden Bóg wie, co jest potrzebne człowiekowi, po coś przecież nam dał tę różnorodność pożywienia, a my z Jego darów winniśmy korzystać, tylko absolutnie w sposób świadomy i odpowiedzialny. I tego się trzymam.
   Zatem słodycze? Bez nich jakoś smutniej. Mięso? A czemu nie? Jednak zawsze najwięcej i na pierwszym planie warzywa i owoce, z akcentem na warzywa, dużo przypraw naturalnych no i herbatki ziołowe, rzecz jasna. Kiedyś piłam przygotowywane w domu soki, potem dowiedziałam się, że sokowirówka nie jest polecana, zdecydowanie warto nabyć wyciskarkę, sprzęt było nie było dość drogi. W związku z powyższym znalazłam dla siebie inne ( pewnie wbrew żywieniowcom ) rozwiązanie. Warzywa, póki co (marchew, buraki, cebula...) plus jabłka mam w piwnicy, zieleninę typu jarmuż, szczypiorek, natka pietruszki... w tunelu, na polu chrzan ew. jakieś chwasty, a potem wybrane z tego zestawu składniki  wrzucam do blendera, zmiksowaną pulpę ( mąż mówi breję) odpowiednio doprawiam i samodzielne danie, napój po rozrzedzeniu wodą, bądź surówka do obiadu gotowa. Tanio, szybko, nie ma odpadów, czyli nic się nie marnuje. I tak niemalże codziennie. Czasem do tego zestawu dokupuję coś dla odmiany, ale uważam, że naszej marchwi, buraków, kapusty czy jabłek nic nie jest w stanie zastąpić.
    Przyprawy zaś wypróbowałam różne, z czubrycą włącznie ale i tak wg  mnie najbardziej przydatny okazuje się majeranek. ( Kiedyś o nim napiszę oddzielnie. ) I można wierzyć lub nie, ale ja jestem żywym przykładem na to, iż usilna modlitwa i zdrowa żywność potrafią czynić cuda. Takich cudów na Nowy Rok wszystkim, w tym sobie, życzę.
  Do siego roku!

czwartek, 23 listopada 2017

Jesienna sałata czyli rokietta siewna

   Botanicznie rokietta (zwana rukolą) bliżej ma do kapusty niż do sałaty ale czy to takie istotne... Dla konsumenta zdecydowanie ważniejszy jest smak oraz wartość odżywcza (wit. A, C, K, wit. z grupy B; żelazo, potas, wapń, magnez) rośliny, zaś dla ogrodnika dodatkowo łatwość w uprawie. Nie bez znaczenia, przynajmniej dla mnie, pozostaje też fakt, iż rukola jest odporna na niskie temperatury oraz choroby i szkodniki. Stąd też jesienią razem z innymi warzywami (pietruszką, selerem, jarmużem, szczypiorkiem) przenoszę ją do tunelu, a stamtąd wędruje do kuchni. Ten sposób przechowywania jest dla mnie dość wygodny: do czasu pojawienia się silnych mrozów można podbierać listki, a i przemrożone dają się jeść.
   Literatura zielarsko -  ogrodnicza traktuje rukolę nieco "po macoszemu", choć jako roślina  uprawna znana była dość dawno. Ba, podobno stosowano ją jako afrodyzjak; miała leczyć impotencję i pozytywnie wpływać na płodność. Nie wiem, czy to prawda, lecz chociażby ze względów zdrowotnych warto ją jadać.
   Rokietta podobnie jak inne kapustne działa przeciwnowotworowo. "Liście i nasiona rukoli ułatwiają trawienie, działają moczopędnie, przeczyszczająco, tonizująco i przeciwzapalnie. Postrzegane są jako środek oczyszczający organizm z toksyn i szkodliwych produktów przemiany materii oraz wzmacniający z uwagi na dużą zawartość witaminy C i żelaza. Surowce te używane są  również do pielęgnacji skóry i włosów a także jako komponent syropów i mieszanek przeciwkaszlowych." - to cytat z artykułu dr R.Nurzyńskiej z AR w Lublinie.
   Trzeba jednak pamiętać, że rukola źle się przechowuje nawet w lodówce. Kupiona w markecie może być spryskana środkami chroniącymi przed szybkim psuciem, dlatego należy ją baaardzo dokładnie myć.